(Fragment doktoratu: Distance learning jako metoda zdalnego nauczania historii. Aspekty metodyczne i metodologiczne)
Audio-wizualna natychmiastowość staje się drogowskazem mutujących metod i metodyk uczenia. Współtworzy je, dookreśla, jest wręcz przyczyną proliferacji nowych ujęć. Daje dostęp do nieosiągalnych wcześniej sposobów myślenia o uczeniu i generowanych na tym gruncie coraz efektywniejszych narzędzi kształcenia. Kategorią współkonstytuującą to zjawisko jest czas, a raczej syndrom jego braku, szybkość, o czym rzadko się wspomina, ponieważ jej zatopienie w realizacji wartości praktyczno-życiowych jest tak oczywiste, że przestaje być widoczne.Widzenie, czy ogląd świata to metafory ufundowane na najbardziej podstawowym,
uwarunkowanym fizjologicznie wzrokowym sposobie poznawania. Najwięcej informacji
z otoczenia gromadzimy tym właśnie zmysłem; jest to też sposób najmniej angażujący
świadomość, dziejący się jakby poza wymogami obróbki intelektualnej; jest natychmiastowy
i wszechogarniający. Porządek takiego poznawania współkonstytuuje kanon edukacyjny
i, wbrew pozorom, nie daje się łatwo uogólniać. Fluktuacja tego procesu wymyka
się klasycznemu definiowaniu, sam proces również.
Oczywistość wielkiego powrotu wizualności, zagnieżdżanie jej we wszystkich
dziedzinach życia społecznego, nicowania tzw. starych podejść jest procesem
na wskroś naturalnym. Trudność w dostrzeżeniu gry, jaką wyzwoliła na powrót
wizualność jest wieloraka. Z jednej strony gra nie pojawia się jako coś oczywistego,
jako wynik sporów intelektualnych, rozgrywek koterii filozoficznych, wpisuje
się raczej w biologiczne uwarunkowania naszej percepcji świata. Z drugiej reguły
mogą być określone i opisane, gdy zostanie rozpoznana sama gra, a to jeszcze
nie jest takie oczywiste. Uwarunkowania biologiczne od początku istnienia człowieka
są niemal te same - dominuje widzenie, w następnej kolejności słyszenie, później
pozostałe zmysły. Konstytucja biologiczna nie określa jednak skończonego zestawu
możliwości rozwojowych, jakie oferuje. Każdorazowo są one inne, zależnie od
gruntu kulturowego, na podłożu którego się rozwijają. On ostatecznie decyduje,
w jaki sposób i które potencje zaktualizują się. Skoro zestaw potencji może
być określony jedynie na podstawie obserwacji sposobu jego wykorzystania, to
nie może być definitywnie rozpoznany - nie wiadomo, ile i jakie kultury może
stworzyć człowiek, oprócz tych, które poznaliśmy do tej pory. A poznawaliśmy
zawsze przez pryzmat własnych doświadczeń.
Nie istnieje w edukacji głęboka refleksja dotycząca analizowania skutków dominacji
widzenia, nawet nie powinna, zważając, że jest to coś tak niepokojąco oczywistego.
Wizualność została usidlona w sztuce i z tego poziomu była dostrzegana i opisywana.
Pozostaje tam nadal, ale jest to zupełnie inne egzystowanie. Rozwój wiedzy psychologicznej,
w tym i prawidłowości dotyczących uczenia nie pozwala dłużej na traktowanie
wizualności, jako wtórnego do językowego sposobu tworzenia świata. Nawet językowe
poznanie jest uzależnione od porządku wizualnego. Miejsce, jakie zajmuje wiedza
typograficzna w poligrafii wydaje się tylko potwierdzać to spostrzeżenie. Zapisywane
słowa mają swój jak najbardziej uchwytny wygląd, odpoznawany właśnie wzrokiem.
Te same słowa nie tkwią w pamięci jako zestawy zlepków ciągów fonetycznych,
ale jako wizualne reprezentacje. Konstruowanie świata na podstawie obrazów,
w porządku wizualnym uzupełnionym o porządek akustyczny tworzy nowy paradygmat
kształcenia. Natychmiastowość poznania tego typu określa ramy, w jakich rozwija
się edukacja człowieka; edukacja rozumiana jako nie zoperacjonalizowany do jakiegoś
fragmentu wiedzy proces indywidualny, lecz jako globalna prawidłowość uczenia
się. Ujednolicanie gier kulturowych, wspomagane doskonale rozwijającą się techniką
pozwala mówić, że nie jest to jakaś wyłączna zasada, która może obowiązywać
tylko kolejne plemię Tasadajów, lecz zasługująca na uwagę prawidłowość.
Rozpoznanie pewnych zasad już nastąpiło, myślenie o samych procesach stanowi
funkcję wykorzystania tej wiedzy w praktyce - co przynosi realizacja wartości
praktyczno-życiowych, to jest opisywane. Czas badań, eksperymentów, kiełkowania
najprzeróżniejszych koncepcji potwierdzających bądź negujących te koncepcje,
a później teorie został niemalże zakończony. Użycie metod nauczania o proweniencji
niezgodnej pod względem założeń teoretyczno-filozoficznych, wypracowanych na
odmiennym gruncie kulturowym nie pociąga za sobą ostracyzmu metodycznego. Natychmiastowość
audiowizualna, która jest na tej płaszczyźnie realizowana, kieruje się zasadą
maksymalizacji efektywności przy minimalizacji nakładów energetycznych. Jeśli
metoda działa - jest efektywna, należy ją stosować, eksploatować, powielać w
innych sytuacjach, upowszechniać jako sprawdzoną i natychmiast włączać do repertuaru
tak samo pewnych i sprawdzonych metod. Funkcję metapoznawczą w stosunku do takiej
wiedzy nie jest w stanie pełnić teoria mająca trudności w odnajdywaniu związków
pomiędzy sobą a rzeczywistością, w której rzekomo chce partycypować. Przejmuje
ją nowy sposób uprawiania refleksji teoretycznej - opis praktyki, konglomeratu
metod skutecznie spełniających wytyczone cele.
Ewolucja wizualności ma swój tymczasowy finał w postaci masowego upowszechnienia
metod opartych na poznaniu wzrokowym i samej zasadzie natychmiastowości takiego
poznania. Nie ma tu jednak miejsca ograbianie z namysłu intelektualnego, co
można zarzucić wizualnym sposobom uczenia. Czytanie treści i oglądanie jej w
postaci zakodowanej w obrazie, ilustracji, rzeźbie, wymaga innych umiejętności
poznawczych, z kolei analiza tych dwóch zjawisk wymaga dwóch różnych porządków
interpretacyjnych, innych narzędzi teoretycznych, tylko jakich?
W całej historii analizy wizualności posługiwano się kategoriami wypracowanymi
na gruncie albo sztuki, albo analizy językowej, vide - obraz jako tekst. Nie
wiadomo, na ile takie analizy gubią swój przedmiot, jak bardzo obniża się wtedy
ich skuteczność, czy w ogóle sensowne jest nakładanie metod. Jednak nie posiadamy
innych kategorii badawczych, tym bardziej, że nie wiadomo, na ile sam proces
jest rozpoznany. Upraszczając: uczenie obrazkami jest o wiele szybsze, skuteczniejsze,
trywializując łatwiejsze niż uczenie wymagające najpierw czytania tekstu. Finalnie
praca intelektualna i tak w sporej liczbie przypadków znajdzie rozwiązanie w
postaci werbalnej, ale to nie zmienia wcześniejszych ustaleń. Uczenie obrazkami
to sposób atrakcyjniejszy dla nauczyciela, a tym bardziej dla ucznia. Obrazów
nie da się sylabizować, dukać, ani recytować. Obrazy samoistnie narzucają się
naszej percepcji, potrafią całkowicie pochłonąć uwagę, przykuć wzrok i zatrzymać.
Obrazy łatwiej się zapamiętuje, ponieważ do ich magazynowania wykorzystywane
są inne mechanizmy biologiczne - skuteczniejsze. Tam, gdzie wiedzę da się przedstawić
w postaci obrazowej, jest to robione. Gdy jednak w żaden sposób nie da się ominąć
słów, muszą być one ujmowane w łatwo przyswajalne schematy graficzne, drzewka,
ilustracje mechanizmów. Słowom należy się graficzna oprawa, dźwięk tylko pomoże
zintensyfikować efekt. Nie trzeba zadzierać głowy, żeby zobaczyć towar na wyższej
półce, towar w chwili, gdy myślimy o nim, jest już przed oczami.
Ekonomika uczenia wymaga stosowania metod przyspieszających ten proces, metod
uznających biologiczny prymat najważniejszych zmysłów: wzroku i słuchu. Badania
psychologiczne potwierdzają, że najskuteczniejsze metody uczenia to takie, które
w swoich założeniach uwzględniają konieczność wykorzystywania wszystkich zmysłów
i faktycznie starają się realizować swój pomysł na edukację. Jednak takie metody
są energochłonne, wymagają szerokiego przygotowania specjalistów oraz skomplikowanego
w porównaniu z audiowizualnym, warsztatu pracy. Ponadto, czy mają szansę być
stosowane na szeroką skalę? Porządek natychmiastowości audiowizualnej wyklucza
taką możliwość z kilku powodów. Najważniejszy jest konsekwencją wieloletniego
uprawiania form uczenia, nazywanych encyklopedycznymi, których celem jest przede
wszystkim testowanie możliwości pamięciowych. Dowiedziono, że człowiek wykorzystuje
swój mózg zaledwie w kilku procentach, co oznacza, że gdyby wykorzystywał go
w pełni, to byłby w stanie zapamiętać kilkaset tomów informacji, jeśli nie więcej.
Zwolennicy edukacji typu encyklopedycznego starają się to za wszelką cenę sprawdzić.
Z drugiej strony nie da się dłużej stosować eksperymentów zakrojonych na tak
szeroką skalę, co łatwo sprawdzić obserwując proces odciążanie programów szkolnych
i odsuwanie w czasie zdobywania pewnych umiejętności, które dzieci opanowywały
jeszcze kilka lat wstecz bez przeszkód. Można oczywiście powiedzieć, że miały
już wcześniej ogromne trudności, tylko skalę zjawiska skrzętnie ukrywano, jak
wszystko, co ważne. Nie sądzę jednak, że przyczyną uszczuplania programów szkolnych
jest potrzeba ochrony dziecięcych pleców i głów przed sforsowaniem, w imię demokracji
i poszanowania godności dziecka. Specyficzna sytuacja edukacyjna wymusza weryfikację
programów pod kątem ich użyteczności i przydatności w następnych etapach uczenia
i w końcu w dorosłym życiu. Popularność programów minimalnych jest oczywista,
mimo rozgoryczenia osób, które w formach encyklopedycznych upatrują sensu edukacji.
Żywotność tych form w zetknięciu z kulturą wizualną przyspieszaną techniką
mediów, jest godna podziwu, ale rodzi problemy, z którymi system nie potrafi
sobie jeszcze skutecznie (?!) radzić, choć wspiera sam siebie, pozytywnie oceniając
wprowadzane zmiany. Metodyka oparta na potrzebności i efektywności, tkwiąca
korzeniami w kulturze amerykańskiej, wywodząca się z pragmatyzmu Williama Jamesa,
Johna Deweya i ich następców, jest mocowana na gruncie edukacji polskiej, o
której trudno mówić, że jej celem pierwszorzędnym jest efektywność. Mariaż nawet
nie metodyk, a metodologii tkwiących za tymi dwoma różnymi sposobami realizowania
edukacji musi iskrzyć, wprawiając co najmniej w zakłopotanie odbiorców materiałów
przygotowywanych w takim tyglu.
Za przykład niech posłuży forma i konstrukcja kursów zdalnych. W przypadku
pierwszej odwołania do metodyki rodzimej są klarowne - spis treści równie dobrze
mógłby być wypisem z podręcznika akademickiego negliżującego jakąś dziedzinę
wiedzy, od wypracowanej i naukowo prawdziwej definicji do jej objawień w kolejnych
odsłonach praktyki, również naukowej. Łączność z wartościami praktyczno-życiowymi
pozostaje tu na etapie satelitarnego nasłuchu fal radiowych z kosmosu pochodzących
od Obcych. Nie przeszkadza to jednak reklamować materiału jako niezmiernie przydatnego
do życia - reklama charakterystyczna dla metodyki pragmatycznej, mimo że sam
materiał treściowo nie odbiega od typowego podręcznika, ani pod względem objętości
ani jakości. Forma stanowi pochodną tej samej metodyki.
W metazałożeniach łatwo dostrzec pikantną przyprawę obcej metodyki, skupionej
na niezbędnikach, które nie mogą przemęczać, nawet najbardziej wybrednego, oczekującego
konkretów użytkownika, w myśl zasady: jeden ekran (screen) - jedna idea (myśl,
definicja), vide kursy SkillSoft . W warstwie realizacyjnej okazuje się, że
świetna skądinąd przyprawa zmienia wino w ocet siedmiu złodziei. Nie pomniejsza
to w żaden sposób wartości samej przyprawy, oznacza jedynie, że nie można bez
konsekwencji zastosować jej tam, gdzie nie jest zalecana. Przekładając to stwierdzenie
na metaforę gry, można stwierdzić, że zasady są wypracowywane do konkretnych
rodzajów gier. Dla piłki nożnej są inne reguły, do szachów analogicznie. Trudno
sobie wyobrazić sytuację, gdy gracze piłki nożnej dostają zalecenie, aby posługiwać
się zasadami gry w szachy.
W edukacji jednak sprawa ma się nieco prościej. Od edukacji oczekuje się, że
będzie zaspokajać społeczne zapotrzebowanie na wiedzę efektywną, przydatną i
tylko taką. Stąd każda innowacja mająca na celu rezygnację z niepotrzebnego
materiału jest witana z entuzjazmem, ponieważ realizuje aktualnie podzielane
przez społeczeństwo wartości. Efektywna edukacja musi być poddana diecie cud,
tak samo jak jej metodyka i metodologia, o której mówi się najtrudniej. Droga
do konsensusu stanowi istotną część edukacyjnego surwiwalu. Ilość tekstu napisanego
przez autora kursu jest wskaźnikiem posiadanej przez niego specjalistycznej
wiedzy i wprost przekłada się na otrzymaną zapłatę za wykonaną pracę. Wymóg
ilości jest więc jednocześnie wymogiem jakości, świadcząc wprost, że metodyka
tradycyjna to paradygmat nadal dominujący, mimo iż ideologicznie zakłada się
coś innego. Nie dziwi więc trudność, z jaką spotykają się realizatorzy metodyki
zdalnego nauczania wychowywani już w duchu efektywności obrazkowej, wdrażający
wiedzę zdobytą na zagranicznych kursach. Nie da się jej zastosować, choćby z
tego powodu, że samego materiału wystarczyłoby na wiele setek ekranów, zgodnie
z zaprezentowana wcześniej zasadą. Ponadto materiały dla kursów zdalnych pisane
są jednak z myślą o ich książkowych, papierowych odwzorowaniach, co na wstępie,
zanim jeszcze metodyk zobaczy ów materiał, wyklucza poprawne zastosowanie obcych
zasad, zwłaszcza tych spod znaku wizualności. Dominacja metodyk opartych o kulturę
języka pisanego domaga się respektowania swoich praw. (Krzysztof Karauda)